Nazywam się Dorota i mam dwoje małych dzieci – młodszy, Mateusz, ma cztery lata. Nie jest autystyczny, nie ma żadnej diagnozy, a jednak... zawsze był „trochę inny”. Cichszy, bardziej wrażliwy, przez długi czas prawie wcale nie słyszeliśmy jego głosu. Rodzina, przedszkole, nawet pediatra mówili: „Jeszcze się rozgada.”
Ale ja czułam, że to nie ten rodzaj ciszy. To nie była nieśmiałość. To był mur – między nim a światem.
Matczyna intuicja – najważniejszy kompas
Często czułam się jak matka, która przesadza. Patrzyłam, jak inne dzieci paplają, bawią się w udawanie, śpiewają – a Mateusz wolał się wycofać, układać samochodziki i coś mruczeć pod nosem.
Rozumiał mowę, ale rzadko się wypowiadał. Próbowaliśmy z nim rozmawiać, czytać bajki, śpiewać – a on patrzył na nas swoimi dużymi oczami i odwracał głowę.
„Może to po prostu jego droga”
Tak powiedziała przyjaciółka podczas spaceru, gdy Mateusz w milczeniu, ale z wyraźnym zainteresowaniem obserwował liście. I rzeczywiście – może po prostu idzie inną ścieżką.
Zaczęłam szukać informacji, porozmawiałam z logopedą, który mnie uspokoił: wiele dzieci zaczyna mówić później, ale aktywne zaangażowanie, wspólna uwaga i zabawa rozwijająca słownictwo mogą pomóc.
Wtedy natrafiłam na grę KinderSpeech™.
Zabawa, która nie zadaje pytań
Co mnie w niej urzekło: nie trzeba było niczego uczyć. Nie zadawała pytań, nie testowała. Po prostu pokazywała – i mówiła. Jeden obrazek. Jedno słowo. Jeden dźwięk.
Mateusz najpierw tylko patrzył, jakby przeglądał książeczkę. Potem pojawiła się ciekawość. Wybrał kartę z „pociągiem”. Nacisnął. Usłyszał. I znów. Potem „pies”. Potem „woda”.
Nie mówił. Ale słuchał. On decydował – i to go uwolniło.
Słowa nie zawsze wychodzą z ust
Około tygodnia później, na słowo „piłka”, potoczył w moją stronę zabawkę. Następnego dnia próbował powtórzyć: „pi...”.
To nie był cud. To nie był przełom. Ale dla mnie – był. Bo nie ja go prosiłam. On sam chciał. On próbował.
Ciche kroki postępu
Codziennie spędzaliśmy przy tym tylko kilka minut. Czasem słuchał jednej karty w kółko. Czasem wcale. Ale byliśmy razem. Nie po to, by uczyć – lecz by być blisko.
I z tej bliskości powoli zaczęły pojawiać się słowa. Niedoskonałe, nieregularne – ale jego. Z własnej inicjatywy. W jego tempie.
Czego nauczył mnie ten czas?
Że najważniejsze nie są „osiągnięcia”, ale uważność. Że nie każdy postęp jest głośny. I że zaufanie rodzica, otwartość i cierpliwość często znaczą więcej niż najlepsza rada.
KinderSpeech™ niczego nie obiecywał. Nie mówił, że „nauczy mówić”. Ale dał szansę – przez zabawę, bez ekranów, samodzielnie.
I ta szansa wystarczyła, by Mateusz powoli się otworzył.
Jeśli przeżywasz coś podobnego – nie spiesz się. Nie porównuj. Po prostu bądź. I bawcie się. Czasem to wystarczy.